LIST Z PODZIĘKOWANIEM OD PIERWSZEJ BENEFICJENTKI FUNDACJI

Od dwóch lat fundacja „Prawo do pomocy” przekazuje mi środki zebrane dla mnie od prawników. Założyli ją szacowni prawnicy, których nie ośmieliłabym się nazwać przyjaciółmi, gdyby nie to, że w chwili próby okazali się przyjaciółmi. Ciągle nie mogę uwierzyć, że stało się to co się stało, historia wygląda niewiarygodnie, ale musi mieć jakiś sens, którego nie rozumiem.
W 2005 r. rozpoznano u mnie chorobę Parkinsona, ale ja z tego powodu nie pogrążyłam się w rozpaczy. Nie miałam już sił na pracę w firmie prawniczej, rozpoczęłam współpracę z Instytutem Ochrony Środowiska – Krajowym Administratorem Systemu Handlu Uprawnieniami do Emisji. Zajmowaliśmy się tam głównie przygotowaniem skargi do Sądu Pierwszej Instancji o stwierdzenie nieważności decyzji Komisji Europejskiej o polskim krajowym planie rozdziału uprawnień do emisji CO2. Lubiłam tę pracę. Lubiłam też jeździć pod Piaseczno, gdzie co najmniej dwa razy w tygodniu jeździłam na miłym koniu Lancelocie.
Praca i Lancelot pochłaniały mnie bardzo, byłam bardzo zadowolona, że już nie pracuję tak ciężko jak dotychczas, to znaczy w firmie prawniczej. Dlatego nie rozumiem, jak to się stało, że 9 października 2007 r. wyszłam z siedziby Krajowego Administratora położonej w żoliborskim parku Kaskada i dostałam się pod metro na Placu Wilsona. Obudziłam się na oddziale Intensywnej Opieki Medycznej szpitala bródnowskiego, gdzie wszyscy byli bardzo mili. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że leżę tam, bo nie mam nóg. Spędziłam kolejne miesiące w szpitalu, lekarze ze szpitala na Szaserów zrobili mi przeszczep skóry, który umożliwił uratowanie dostatecznie długiego odcinka nogi lewej, żeby można było przystąpić do dopasowania protezy. W styczniu 2008 roku zostałam wypisana ze szpitala
Minęły miesiące poświęcone najpierw na naukę siadania i jedzenia. Osoba chora na chorobę Parkinsona łatwo sztywnieje i nieruchomieje, a co dopiero jak nie ma nóg. Po wypadku długo umiałam tylko leżeć, potem siedzieć i z trudem poruszałam się na wózku, wreszcie wstałam i o kulach zaczęłam się przemieszczać po mieszkaniu. Na tym etapie się zatrzymałam, potrafię wyjść z domu i wsiąść do samochodu, jest to trudne. Najwspanialsze i najbardziej nieprawdopodobne, co mnie spotkało, to moje zatrudnienie na 2/5 etatu w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w systemie telepracy. Ta praca trzyma mnie przy życiu. Narodowy Fundusz wyposażył mnie w komputer, z którego mogę łączyć się z ich serwerem i tym sposobem codziennie rano „chodzę do pracy”. W tym celu zostałam radcą prawnym. Praca jest bardzo ciekawa i satysfakcjonująca, mam wrażenie, że jest potrzebna i poznałam wielu ciekawych i miłych ludzi.
Całe to zdarzenie zweryfikowało moje spojrzenie na życie, okazało się kto jest przyjacielem na czas niedoli i jak wspaniałe jest każde zdarzenie z życia codziennego. Na co dzień nie doceniamy tego, że chodzimy, pracujemy, obserwujemy świat. Ja teraz to wszystko doceniam i każdy dzień jest dla mnie szczęśliwym zdarzeniem. Bardzo wzruszające jest to, że środowisko zawodowe, z którego się wywodzę zorganizowało się aby mi pomóc, bez względu na przynależność do określonej korporacji zawodowej czy kancelarii. Wszystkim bardzo dziękuję.
Waleria Skarzyńska